Małżeństwo święte nie święte 3

Grupa docelowa: Dorośli Rodzaj nauki: Lektura Tagi: Małżeństwo, Sakrament małżeństwa

Czy Kościół docenia charyzmat życia we dwoje? – pytał Artur Sporniak, inicjując dyskusję o postrzeganiu przez Kościół instytucji małżeństwa („TP” nr 6/05). „Od samego początku chrześcijaństwa małżeństwo było zepchnięte na margines głównego życia religijnego – twierdził nasz publicysta. – Żeby to zmienić, nie wystarczą beatyfikacje par małżeńskich. Zwłaszcza takich, które były nieszczęśliwe, rezygnowały ze współżycia albo wybierały klasztor”. Przed tygodniem głos zabrał prof. Stanisław Grygiel.       

Z zainteresowaniem przeczytałem tekst Artura Sporniaka „Małżeństwo święte nie święte”. Lektura nasunęła mi kilka uwag.

Prawdą jest, że Kościołowi przez wieki trudno się było uwolnić od manichejskiego obciążenia w myśleniu o małżeństwie. Świadczy o tym m. in. podkreślenie, z wyraźną aprobatą, że bł. Kinga złożyła – w małżeństwie! – wraz z mężem Bolesławem Wstydliwym ślub dozgonnej czystości (rozumianej jako wstrzemięźliwość seksualna). Echo takiego myślenia znaleźć można w dawnym Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1917 r., który w kanonie 1013 § 1 wymieniał jako jeden z celów małżeństwa – obok zrodzenia i wychowania potomstwa oraz wzajemnej pomocy świadczonej sobie przez małżonków – godziwe zaspokojenie pożądliwości ciała (remedium concupiscentiae), którą jakoś trzeba przecież okiełznać.

Ks. Franciszek Bączkowicz w podręczniku prawa kanonicznego dla duchowieństwa (a była to w swoim czasie pozycja wręcz klasyczna w polskim piśmiennictwie) odwołuje się w tym miejscu do Pierwszego Listu do Koryntian (7, 9): “Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie. Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć”. Na marginesie warto zresztą przytoczyć odpowiedni fragment obecnie obowiązującego Kodeksu z 1983 roku Kanon 1055 § 1 brzmi: “Małżeńskie przymierze, przez które mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury dla dobra małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa, zostało między ochrzczonymi podniesione przez Chrystusa Pana do godności sakramentu”. Zwraca uwagę nie tylko nieobecność remedium concupiscentiae, ale i odwrócenie kolejności dwóch pozostałych celów małżeństwa.

Powróćmy jednak do listów św. Pawła (zwłaszcza 1 Kor 7), które były zapewne silną inspiracją do “usprawiedliwiania” małżeństwa. Trzeba pytać biblistów o interpretację tego tekstu. Niektórzy z nich uważają, że Paweł był przekonany (przynajmniej w pewnym okresie) o rzeczywiście rychłym końcu świata, w obliczu którego nowo zawierane małżeństwa przez chrześcijan wydawały się – dość dosłownie – nie na czasie (por. 1 Kor 7, 25-35).

W tym też duchu niektórzy teologowie wiązali grzech pierworodny z nadużyciem seksualnym, ku czemu skłaniało – jak pisze w “Dogmatyce katolickiej” ks. prof. Czesław Bartnik – “częste przekonanie potoczne ze względu na wzmiankę o nagości i wstydzie po grzechu” (gdyby ktoś się jednak uparł, aby wiązać grzech pierworodny z aktem seksualnym, musiałby rozwiązać mały problem: jak wytłumaczyć, że najpierw zgrzeszyła Ewa, a po niej Adam, ale zapewne znalazłby jakąś interesującą konstrukcję intelektualną).

Prawdą jest jednak i to, że ten – jak wiele innych – element nauczania Kościoła podlega ewolucji. Jak wskazać można na rozwój dogmatów, tak też oczywisty jest rozwój nauczania moralnego, nie tylko w odniesieniu do małżeństwa. Proszę przypomnieć sobie stanowisko w sprawie wypraw krzyżowych, stosunku do chrześcijańskich innowierców, wolności sumienia i wyznania, stosunku do własności prywatnej, ostatnio zaś – stosunku do kary śmierci. Niech nas to nie gorszy. To raczej pocieszające zjawisko: Kościół dojrzewa w spore drzewo z ziarnka gorczycznego nie tylko (i nie głównie) w wymiarze demograficznym i organizacyjnym, ale także – i głębiej – w wymiarze doktrynalnym i moralnym. Bogu dzięki!

Nauczanie Jana Pawła II zawarte w serii katechez “Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” jest w materii nauczania o małżeństwie naprawdę przełomem, poprzedzonym doktryną wyrażoną dokumentami Vaticanum II, a także wcześniejszymi pracami kard. Karola Wojtyły, z “Miłością i odpowiedzialnością” na czele. Warto przypomnieć, że książka ta doczekała się kilku wydań w języku polskim i kilku tłumaczeń, zanim jeszcze jej autor zasiadł na Stolicy Piotrowej; właśnie dlatego, że – przy całej “ortodoksji” katolickiej – zawarta w niej wizja miłości małżeńskiej wyraźnie odbiegała od ujęć dotychczasowych.

W książce, która ukazała się po raz pierwszy już w 1960 r., po wnikliwych i realistycznych analizach dotyczących pożądliwości ciała i jej możliwych zgubnych skutków dla małżeńskiej miłości, Autor pisze: “Współżycie małżeńskie wypływa i winno wypływać z wzajemnej miłości oblubieńczej, jest ono potrzebne miłości, a nie tylko prokreacji. Małżeństwo jest instytucją miłości, a nie tylko płodności (podkr. Autora). Współżycie małżeńskie zaś samo w sobie jest stosunkiem między-osobowym, jest aktem miłości oblubieńczej, dlatego też intencja i uwaga winny być skierowane w stronę drugiej osoby, w stronę jej prawdziwego dobra” (1982, s. 210).

W tym duchu Papież podejmuje w Katechezach Środowych problem interpretacji nauczania św. Pawła zawartego we wspomnianym siódmym rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian. Po obszernych i wnikliwych analizach odpowiednich fragmentów Listu i Ewangelii Jan Paweł II podkreśla, że św. Paweł pouczenie swe i rady kieruje “pod adresem ludzi żyjących w środowisku, w którym małżeństwo było uważane nade wszystko za jeden ze sposobów »używania świata«”, co jednak nie zmienia podstawowej prawdy, głoszonej z mocą przez Apostoła, iż “również ci, którzy wybierają małżeństwo i żyją w małżeństwie, otrzymują od Boga »dar« – »własny dar«: dar, czyli łaskę właściwą dla tego wyboru, dla tego rodzaju życia, dla tego stanu. Ów dar, jaki otrzymują osoby żyjące w małżeństwie, różni się od daru, jaki otrzymują osoby żyjące w dziewictwie, osoby wybierające bezżenność dla królestwa niebieskiego – jest on jednak niemniej prawdziwym »darem od Boga«, darem »własnym«, przeznaczonym dla konkretnych osób oraz »właściwym«, czyli dostosowanym do ich życiowego powołania”.

Trudno nie dostrzec wyraźnego przejścia od – nigdy nie głoszonego wprost, ale nierzadko wyczuwanego w podtekście – traktowania małżeństwa jako rzeczy z natury trochę podejrzanej, dla której potrzeba specjalnego usprawiedliwienia, do traktowania go jako zasadniczo rzeczy dobrej, przez Boga błogosławionej (jak Sporniak słusznie zauważył, już w średniowieczu uznano w nim sakrament, a sakramentologia także rozwija się, od ujęcia prawniczego do chrystologiczno-personalistycznego). To ziarno także musi powoli wzrastać, potrzeba trochę cierpliwości i działań ten wzrost pobudzających. Dlatego sądzę, że dobrze, iż o tych sprawach się mówi.

Warto jednak, by o tym mówić i pisać możliwie dojrzale, unikając ślepych uliczek. Za jedną z nich uważam porównywanie małżeństwa i dziewictwa tak, jak gdyby jedno wykluczało lub bodaj pomniejszało drugie. W cytowanym fragmencie “Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” Papież wyraźnie przed tym przestrzega. Istnieje – nie tylko w chrześcijaństwie – przekonanie o szczególnej wartości dziewictwa, które jednak nie deprecjonuje małżeństwa. I tak, jak małżeństwo istniało przed – i istnieje poza – chrześcijaństwem, a Kościół odsłonił szczególny jego teologiczny sens i wartość, tak też ma się rzecz z dziewictwem. Ale dziewictwo nic nie zyskuje na deprecjacji małżeństwa i vice versa (podobnie jak wartość bycia mężczyzną nie opiera się na deprecjacji kobiecości i vice versa, ani wartość powołania kontemplacyjnego nie zyskuje na pomniejszeniu apostolskiego i vice versa). Nie jesteśmy rywalami startującymi w jakiejś konkurencji sportowej, w której jeden tylko może być zwycięzcą. Kościół jest bogaty, wieloraki, wiele w nim cennych i prowadzących do świętości powołań. Nota bene, wielkim Doktorem Kościoła, który tę właśnie prawdę podkreślał, był św. Franciszek Salezy (weźmy choćby czytanie brewiarzowe przytoczone w dniu jego wspomnienia). Jest więc prawdą, że Chrystus był dziewiczy (język łaciński stosuje virgo także do mężczyzn), że dziewicza była Jego Matka – ale nie wynika stąd, że małżeństwo jest drogą prowadzącą do osiągania “drugoligowej” świętości. Owszem, jest kłopot, gdy stawia się akurat związek Maryi i Józefa za wzór małżeństwa. Zauważmy jednak, że chętniej za wzór stawia się Świętą Rodzinę (nie zaś: Święte Małżeństwo) z Nazaretu. Niewątpliwie potrzeba nam uznania kościelnego dla małżonków – z tego nade wszystko powodu, że byli dobrymi małżonkami i rodzicami, a nie pomimo tego. Tu trafiamy na kolejną, dość przyziemną trudność:

Proces kanonizacyjny (kosztowny!) ktoś musi prowadzić. Łatwiej zbierać dowody świętości, szukać cudów, przygotowywać odpowiedzi na zastrzeżenia itp., gdy za tym stoi w miarę trwała i dostatecznie zasobna instytucja, np. zakon. O ile wiem, święci małżonkowie nie mają jak dotąd takiego instytucjonalnego wsparcia. Kto wie, czy nie należałoby powołać do życia stałej instytucji, finansowanej przez cały Kościół, która by się zajęła ex professo takimi właśnie – i takimi tylko – przypadkami małżeńskiej świętości. Oprócz bowiem “ruchów oddolnych”, których znaczenie słusznie Artur Sporniak podkreśla, potrzeba także wyraźnej i oficjalnej “pieczęci” Stolicy Apostolskiej. Obecny Papież sporo w tej sprawie uczynił (zakładając m. in. Instytut Małżeństwa i Rodziny przy Uniwersytecie Laterańskim, inicjując Akademię “Pro vita”, pisząc właśnie takie teksty, jak katechezy środowe o małżeństwie), ale z pewnością zrobić trzeba więcej.

Każdy z tych punktów zasługuje na rzetelne rozwinięcie, sama ich lista także nie jest kompletna, traktuję jednak mój głos właśnie tylko jako głos w dyskusji, godnej rozwinięcia i pogłębienia.

Ks. Andrzej Szostek MIC

Ks. prof. Andrzej Szostek jest marianinem, kierownikiem Katedry Etyki Szczegółowej KUL. W latach 70. był tam asystentem Karola Wojtyły.

Źródło tekstu: tygodnik.onet.pl