Przemilczać czy upubliczniać?

Grupa docelowa: Dorośli Rodzaj nauki: Lektura Tagi: Kościół

Z ks. Tomášem Halíkiem rozmawia Jan Jandourka

Mówiłeś o konfliktach w Kościele jako o jednej z form wielkiego kryzysu duchowego, a twój kryzys spowodowany był takim właśnie konfliktem. Czy należy o takich sprawach mówić publicznie, czy raczej powinniśmy się kierować zasadą, że „brudy pierze się we własnym domu”?

Gdybyśmy chcieli przemilczać słabości i konflikty w Kościele, przeciwstawialibyśmy to kontrowersyjne przysłowie jasnemu sformułowaniu Jana Pawła II, że Kościół powinien być „domem ze szkła”, iż mamy pozostawać na widoku i niczego nie zatajać. W społeczeństwie medialnym, czy się nam to podoba, czy nie, i tak niczego nie da się zataić, a wszelkie usiłowania w tym względzie prowadzą tylko do pogorszenia sytuacji i utraty wiarygodności.

Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy powinien ze swoim zranieniem od razu uciekać do telewizji i przekazywać wszystkie informacje bulwarowym czasopismom, pasożytującym w sezonie ogórkowym na kościelnych skandalach. To, że Kościół jest ponoć przepełniony sporami wewnętrznymi i jego obraz medialny składa się prawie wyłącznie z tego rodzaju spraw, stanowi niezdrowy symptom zjawiska, do którego musimy jeszcze powrócić. Ta ustawiczna, infantylna walka za wszelką cenę przeciwko autorytetowi i tradycji w Kościele lub też — z drugiej strony — polowanie na „wewnętrznego wroga” i „żydomasona”, jest przede wszystkim ucieczką przed głębszą płaszczyzną kryzysu Kościoła — przed kryzysem wiary.

Ale wróćmy do pytania, czy konflikty w Kościele należy przemilczać, czy upubliczniać. Trzeba umieć rozróżniać! Jeśli ktoś mówi o podłościach, z którymi spotkał się w Kościele, i nie pogodził się z tym, a poprzez upublicznienie chce tylko z hukiem trzasnąć za sobą drzwiami oraz usprawiedliwić przed samym sobą i innymi swoją postawę, to jest to bardzo smutne. Jeśli jednak coś takiego wycierpiał i pragnie dać innym szczere świadectwo, wskazać, którędy prowadzi droga i jak nie pozwolić owym „cieniom” zawładnąć sobą i zniszczyć, może pomóc wielu ludziom, którzy znajdują się w podobnej sytuacji. Przecież prawda, choćby gorzka, subiektywna i cząstkowa — prawda ludzka jest zawsze taka — stanowi większą pomoc niż jakiekolwiek upiększanie albo przemilczanie. Kiedy czytałem szczerą aż do bólu i rzetelną książkę Bernarda Häringa Moje doświadczenie z Kościołem, napełniła mnie ona współczuciem i podziwem dla tego odważnego człowieka. Chociaż nie zawsze zgadzałem się z jego poglądami i postawą, jednak pobudziła mnie ona do wierności Kościołowi. Pomogła zrelatywizować oraz lepiej udźwignąć własne problemy, które nie były tak trudne jak te, z którymi on się zmagał — i wytrwał.

Powiedziałem wcześniej, że milczałem publicznie na temat kłopotów z niektórymi ludźmi w Kościele dopóty, dopóki to samo nie spotkało innych. Ale rozmawiałem o tym ze swoimi bliskimi, również z pewnym studentem, który wybierał się do seminarium. Później żałowałem tego i nawet spowiadałem się, że nie byłem zbyt dyskretny i obciążyłem swoimi problemami młodego konwertytę, pełnego entuzjazmu i pierwszej miłości do Kościoła. Po kilku latach chłopiec ten powiedział mi, że on także w seminarium natrafił na sprawy, które powodowały u niego pokusę odejścia, ale nagle uświadomił sobie — skoro ksiądz Tomáš i ksiądz Aleś tak dobrze znają te sprawy, a mimo to wytrzymali i nie opuścili swojej służby, to i ja się nie poddam. Jego kolega, któremu spowiednik przedstawiał Kościół jako powabną narzeczoną bez skazy, obmawianą tylko przez wrogów, w podobnej sytuacji — rozczarowany i zgorzkniały — odszedł. Trzeba otwarcie mówić o problemach, ale również podkreślać to, że każdy ma prawo do swojego spojrzenia. Kościół staje się publicznie bardziej wiarygodny, kiedy okazuje się, że ma w swych szeregach ludzi zdolnych spojrzeć na niego krytycznie — w ten sposób najskuteczniej obronimy się przed naprawdę destrukcyjną i wrogą krytyką. Tylko prawda nas wyzwoli.

(…)

W wielu krajach świata, również u nas, media są głodne sensacji: „Dobre wiadomości to nie są żadne wiadomości”. Istnieje także ustalony medialny obraz Kościoła — uwielbianego przez media chłopca do bicia. Ksiądz, który nie odpowiada temu ulubionemu, czyli wstrętnemu obrazowi Kościoła nietolerancyjnego, wstecznego, spragnionego władzy i majątku — bywa ignorowany, żeby nie wywołał „dysonansu poznawczego”. Ksiądz zachowujący się sympatycznie, tolerancyjnie i rozumnie, jest z reguły akceptowany przez media na prawach wyjątku lub raczej kościelnego dysydenta. Gdybym był człowiekiem zabiegającym o popularność, mógłbym wejść w tę nijakość i dać się zmanipulować według następujących schematów: „Halík jest dobry, Kościół jest zły. Halík jest księdzem, ale jest księdzem Kościoła prześladowanego i odrzuconego”. Postanowiłem, że w tej grze nie będę uczestniczył, natomiast spróbuję wesprzeć bardziej prawdziwy obraz: „Kościół jest wielobarwny, są w nim tacy ludzie jak dziekan Wydziału Teologicznego, ale i tacy jak Halík. Podobnie jak społeczeństwo nie jest tylko czarne ani tylko białe, i Kościół też nie jest taki” 1. Chyba mi się to trochę udało.

Odnoszę również wrażenie, że sytuacja w mediach jest nieco lepsza: istnieje szereg gazet, czasopism, programów telewizyjnych i radiowych, gdzie daje się przestrzeń wierzącemu: świeckiemu i księdzu, jeśli potrafi mówić zrozumiale i kompetentnie. Główny problem tkwi raczej w tym, że nie ma zbyt wielu takich ludzi.

Niektórzy nadal próbują mnie wmanewrować w popularną rolę dysydenta kościelnego, inni traktują mnie niemal jak oficjalnego rzecznika Kościoła. Staram się pokazać, że nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem samodzielnie myślącym intelektualistą i obywatelem tego kraju, członkiem środowiska akademickiego, który pragnie być zarówno uczciwym księdzem, mającym do swojego Kościoła (w którym na szczęście nie zajmuje żadnego wysokiego stanowiska) stosunek pełen szczerej miłości, współodpowiedzialności i krytycznej lojalności. Jeśli wypowiadam się na temat różnych zjawisk w społeczeństwie, nie tłumaczę tego żadnym oficjalnym stanowiskiem hierarchów, ale mówię zgodnie z własnym sumieniem, kompetencjami zawodowymi i doświadczeniem życiowym, które uwzględnia także doświadczenie wiary i doświadczenie mojego kapłaństwa. Z hierarchią swojego Kościoła, przede wszystkim z arcybiskupem, jestem w dobrych stosunkach, nie tylko urzędowych, ale także osobistych. Szanuję go jako głowę Kościoła w naszym kraju i jesteśmy przyjaciółmi, którzy potrafią prowadzić dialog, również o sprawach, na temat których nie mamy do końca tego samego poglądu, według zasady sformułowanej przez świętego Augustyna: w podstawowych kwestiach zgoda, w pozostałych wolność, we wszystkim miłość. Rzecznikiem arcybiskupa i Konferencji Biskupów jest jednak kto inny — moje posłannictwo różni się od tamtego. Czy to tak trudno zrozumieć?

Niektórym ludziom w Kościele widocznie tak. Ty sam pamiętasz ulotki, które ktoś porozwieszał niedawno po praskich kościołach: Nie jesteśmy Kościołem Halíków, Stampachów, Kolarów i Příhodów…

Bo rzeczywiście nie jesteśmy! Niektórzy myślą, że to szkoda, ale ja mówię: dzięki Bogu! Z Kościoła, w którym byliby tylko ludzie myślący podobnie jak ja, chyba bym szybko wystąpił. Taki jednobarwny Kościół to byłaby kompletna nuda! Kościół od początku jest z natury pluralistyczny. Spójrz na Nowy Testament: ile różnych akcentów teologicznych i duchowych znajduje się w poszczególnych Ewangeliach, jaka wielość, jaka różnorodność ujawnia się w tych Kościołach lokalnych, o których mówią Dzieje Apostolskie! Do moich najdroższych pojęć i wartości należy pluralizm. Jestem katolikiem szczególnie z tego względu, że uważam Kościół katolicki za najbardziej pluralistyczną, najbardziej wielowarstwową, a zatem za najciekawszą wspólnotę w ludzkich dziejach! To mój prywatny dowód Boskiego pochodzenia Kościoła, ponieważ tylko Źródło wszelkiej twórczości i wielopostaciowości może inspirować i zachować przy życiu coś tak różnorodnego. Spójrz na liberałów, dla których pluralizm jest religią, zaklęciem — jak są żałośnie jednolici i jednakowi aż do znudzenia, zarówno w Ameryce, jak i w Hiszpanii, są tak samo standardowi jak te restauracje McDonalda, które opiewa jeden z nich. I porównaj z tym autentyczny pluralizm Kościoła katolickiego; nie musisz nawet porównywać katolicyzmu polskiego z japońskim czy irlandzkiego z francuskim, wystarczy przejść się po Pradze. Liberałowie ubóstwiają pluralizm — ale kiepsko się o niego starają. My go nie ubóstwiamy ani o niego nie zabiegamy, staramy się tylko o Królestwo Boże, a to wszystko jest nam przydane.

Jeden z moich przyjaciół zdefiniował kiedyś wyobrażenie „fundamentalistów liberalizmu” o pluralizmie i demokracji w następujący sposób: „Pluralizm jest wtedy, kiedy katolicy muszą trzymać język za zębami”. A ja namiętnie kocham pluralizm społeczeństwa i wierzę, że ma w nim swoje miejsce również Kościół; zawsze będę bronić pluralizmu w Kościele, w którym swoje miejsce musi mieć były dziekan Wydziału Teologii, ale z którego i ja nie mogę dać się wykluczyć. Mieszczą się w nim także obskuranckie czasopisma i publikacje katolickie, które piją moją krew, ponieważ mylą pobożność z dewocją, wiarę z ideologią, objawienie z prywatnymi halucynacjami, jedność Kościoła z jednolitością koszar, szacunek dla papieża z kultem jednostki, tradycję ze skostnieniem, wierność z nieustępliwością, a przy tym chcą za wszelką cenę pouczać i moralizować cały Zachód, chociaż ich znajomość świata nie sięga dalej niż zapach ołomunieckiego serka. Niech im będzie! Mam na to swój pogląd, ale chętnie przyznaję im miejsce pod słońcem i prawdopodobnie rozumiem zamiary ich wydawców, tylko życzę sobie, żeby nie chcieli wyłączać z Kościoła i ogłaszać za skrytych jego wrogów wszystkich tych, którzy nie myślą tak samo jak oni.

tłumaczyli Andrzej i Jarosław Babuchowscy

TOMÁŠ HALÍK, 1948, wyświęcony tajnie na kapłana w roku 1978, pracował jako psychoterapeuta, obecnie duszpasterz akademicki, kieruje Czeską Akademią Chrześcijańską, wykłada filozofię i socjologię na Uniwersytecie Karola w Pradze.

1 Chodzi tu o głośny w swoim czasie konflikt personalny pomiędzy ks. Tomásem Halíkiem a władzami Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Karola w Pradze. Wątek ten rozwinięty jest szerzej w przygotowywanej do druku książce Radziłem się dróg. Rozmowy z ks. Tomásem Halíkiem, która ukaże się nakładem wydawnictwa „W drodze”.

Źródło tekstu: www.mateusz.pl